27 listopada 2010

Muzyka wypluwająca w nadrealność.

Weighing Souls with Sand - trzeci, studyjny album The Angelic Process - więzi w sobie muzykę pogranicza wymiarów, tak jak piekło Dantego, składa się z dziewięciu części (nie wliczając ostatniego, ukrytego utworu) o nad wyraz neurotycznej urodzie. Longplay otwiera ponad dziewięciominutowe, potężnie brzmiące The Promise of Snakes. Opary ciężkich, walcowatych dźwięków wyłaniają się z ciszy bez pośpiechu, po chwili zaczynamy słyszeć również perkusję, a konkretniej: cyklicznie powtarzające się uderzenia, które podkreślają upływający czas i sprawiają, że zaczynamy czekać.

The Angelic Process, Weighing Souls with Sand, Roadburn Records, 2007

Początek podróży poprzez „Ważenie dusz z piaskiem” to swoisty, muzyczny obraz ciszy przed burzą, zmącony, rozmazany i silnie działający na wyobraźnię. Niespodziewanie zaczyna do mnie docierać dziwny - jakby uwięziony za ścianą gitar - głos. Atmosfera robi się apokaliptyczna, a cisza przed burzą, zamiast zmienić się w burzę, przekształca się w oczekiwanie na coś znacznie intensywniejszego. Czyżby miał „lunąć” deszcz meteorytów? Przerażający i piękny zarazem to zwiastun, naprawdę nieczęsto zdarza się tak urokliwe wprowadzenie. Kolejny utwór (Million Year Summer) „namalowany” został brudem i pożogą; obsypany opiłkami bólu, lęków, przygnębienia, rozczarowania i żałoby, które ostatecznie sublimują w agresję. Gorące plamy dźwięku i krzyki, których nie sposób opisać ani zrozumieć. W dalszych kompozycjach obraz robi się coraz bardziej halucynogenny (w Dying In A-Minor niemal się rozlewa), rytm doznaje ataku epilepsji, dźwięki mocno przesterowanych gitar zaczynają parzyć, a wokal - coraz bardziej odzierany z człowieczeństwa - staje się jednym z instrumentów (czystszy i zrozumialszy robi się jeszcze tylko w Burning In the Undertow of God, później znika „na dobre”). Po dziewiątym utworze (Mouvement: The Smoke of Her Burning) następuje całkowita cisza (podzielona na siedem czterosekundowych części), a po niej zaczyna wybrzmiewać „para-epilog” zatytułowany How to Build a Time Machine, który wieńczy całość na zasadzie: czuć zapach końca, światełka w tunelu nie widać, za to migawki z przeszłości zawisają po wewnętrznej stronie powiek jak obrazy na ścianach. Śmierć kliniczna?

Muzyka The Angelic Process wykrawa z rzeczywistości, wchłania i wypluwa w nadrealność. Powtarzające się z niewielkimi zmianami przy każdej repetycji, krótkie, melodyczne frazy destrukcji człowieka uwięzionego w czasie i przestrzeni sprawiają, że wpadamy w trans i  zaczynamy dostrzegać piękno w obłędzie oraz że ramy dobra i zła rozsypują się w pył. Od czasu do czasu robi się nieco spokojniej, ale tylko po to, żeby kolejny grad dźwięków zasiał znacznie większe spustoszenie. Przed rozpoczęciem słuchania polecam położyć się, rozbić klepsydrę, pozwolić jej, żeby wykrwawiła się piaskiem, zamknąć oczy i utonąć w kilogramach muzycznego koloru.

6 listopada 2010

Mydło, szydło i powidło.

Symbolem Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie - powstałego w roku 1888, zniszczonego podczas II Wojny Światowej i reaktywowanego rok po jej zakończeniu, mieszczącego się w przedwojennej siedzibie Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, której cera jest iście neorenesansowa, zbudowanej w roku 1853 przez architekta Józefa Góreckiego - jest Pegaz. Skrzydlaty koń wedle mitologii greckiej narodził się z ziemi zmieszanej z krwią niezwykle nadobnej i śmiertelnie niebezpiecznej Meduzy, która trysnęła po tym, gdy Perseusz oderżnął jej głowę. Na bilecie, który winniśmy zakupić, żeby obcować ze zbiorami muzeum, jeśli wybraliśmy się doń w dniu innym niż sobota, oprócz adresu internetowego, ceny, daty, subtelnego zdobienia, które najprawdopodobniej przedstawia fragment jakiejś wycinanki i kilku dłuższych, opisowych wiadomości, widnieje hasło „cały świat w jednym miejscu”.



Informacje, z których utkałem krótkie wprowadzenie, łączy pewna przypadkowość, wrażenie niespójności i wyrwanie z kontekstu. Mimo tego, że są interesujące, prawdziwe i zrozumiałe, podejrzewam, że gdybym nagromadził ich kilka razy więcej, stworzyłyby zbyt ciężkostrawny tekst, który notabene miałby wiele wspólnego ze stałymi wystawami muzeum mieszczącym się przy ulicy Kredytowej. Po wyjściu z muzeum czułem się jak chomik, który zbyt długo biegał w kołowrotku.



Muzeum prezentuje nam swoje zbiory podzielone europocentrycznie par excellence. Na wejściu czeka nas wystawa z cyklu mydło, szydło i powidło (Zwykłe – niezwykłe. Fascynujące kolekcje Państwowego Muzeum Etnograficznego), która mimo wielu naprawdę ciekawych eksponatów i wyróżnienia przez krytykę (otrzymała nagrodę Wydarzenie Muzealne Roku Sybilla 2008 za najlepszą wystawę etnograficzną, oraz pierwszą nagrodę w trzeciej edycji konkursu Mazowieckie Zdarzenia Muzealne - Wierzba 2008) przytłacza blichtrem i przepychem koncepcji i jeśli ktoś planuje rajd po wszystkich stałych wystawach - który z całego serca odradzam, bo według mnie znacznie lepiej rozbić sobie potencjalną „dużą przyjemność” na dwie lub trzy „mniejsze przyjemnostki” - niech mierzy siły na zamiary. Idąc dalej, nie kolejnymi piętrami, tylko tropem „my, czyli Polska i ewentualnie jej okolice versus reszta świata”, zastanawiając się nad pewną niekonsekwencją zaliczamy jeszcze trzy (jeśli w tym oszołomieniu niczego nie przeoczyłem) ekspozycje: najspójniejszą, traktującą o polskich obrzędach dorocznych (zarówno typowo świeckich jak i tych o kościelnym podłożu), sensownie podzieloną na pory roku, gdyż to one niegdyś wyznaczały rytm ludzkiego życia, gromadzącą rozmaite akcesoria, fotografie, narzędzia, rekwizyty i ozdoby; najnowszą, prezentującą około czterdziestu strojów ludowych, którą wyróżniłbym za mapki kraju nad Wisłą, na których, przy pomocy czarnego kwadracika zaznaczone jest położenie miasta, z którym dany strój należy kojarzyć – jak znalazł dla jednostek, które z geografią są na bakier... zganiłbym ją tylko za brak jednego z najcharakterystyczniejszych strojów ludowych w Polsce, mianowicie – stroju łowickiego w wersjach podstawowych (choć nie miałem już siły, kluczyłem wśród gablot ze strojami i z nadzieją szukałem tradycyjnych łowickich wdzianek, znalazłem tylko łowicki strój panny młodej, jeśli babcia przekaże mi w spadku strój swój i dziadka, to chyba sprezentuje je muzeum); oraz dotyczącą rękodzieła i rzemiosła ludowego, pochodzącego w głównej mierze z XIX i XX w., która jak nietrudno się domyślić, gromadzi przedmioty od sztućców i ceramiki, przez masielnice i kowadła po kraty i okucia wozów – jeśli ktoś przyjrzy się każdemu z eksponatów z osobna, i nad każdym się zastanowi, to albo jest chłopomanem poszukującym korzeni, który wyjdzie z muzeum z radością wymalowaną na twarzy, albo znajdzie się w stanie, który w języku Shakespeare’a brzmi c o n f u s e.



Krzysztof Okoń, Pieta, 1979

Pierwsza, gromadząca pozaeuropejskie dobra, stała ekspozycją Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, którą napotykamy przemierzając jego buduary, zowie się Podniebny lot. Magiczna broń Azji, nazwy tej jednak nie umieszczono w sposób fizyczny w żadnym z widocznych miejsc... najzwyczajniej w świecie opuszczamy więc profanum schodów oraz chaos towarzyszącej im podłogi by wkroczyć w przestrzeń nieznanego nam sacrum i pod stopami poczuć niewiadomy kosmos. Nie rozwodząc się zbytnio: niektóre eksponaty są rewelacyjne, ekspozycja jest fatalna, różnokolorowe numerki i opisy umiejscowione w zbyt wielu przypadkach nad wyraz nieintuicyjnie, doprowadzały mnie do szewskiej pasji i w duchu przeklinałem odpowiedzialne za to osoby, w myślach piłem na pohybel tym ludziom, bo naprawdę powinni zastanowić się nad zmianą pracy. Żeby nie być gołosłownym w stosunku do tego, co szczątkowo zachwaliłem wspomnę, że wystawa gromadzi multum przedmiotów sztuki, rzemiosła i rynsztunku pochodzących od Syberii, przez Indie, Sri Lankę, Turcję, Irak, Iran po Chiny i Japonię. Kolejna wystawa przybliża nam tradycyjny i współczesny wymiar bogactwa kultury Czarnego Lądu, wchodząc w jej przestrzeń w przeciwieństwie do ekspozycji traktującej o Azjatyckim orężu innych magicznych fantach od razu jesteśmy poinformowani, w jaki rodzaj przestrzeni wkraczamy, niemniej pozostałych błędów twórcy niniejszej wystawy niestety się nie wystrzegli... podziwiać możemy na niej bardzo dobre zdjęcia (szczególnie do gustu przypadło mi to, które przedstawia taniec Masajów), narzędzia rolnicze, sprzęty domowe, uzbrojenie, ubiory, ozdoby, insygnia władzy, rzeźby, maski i całą masę rzeczy, których nazwać na tę chwilę nie potrafię. Ostatnia z wystaw stałych, którą zobaczyć możemy w budynku przy ulicy Kredytowej 1, to kolekcja pochodzących z przełomu XIX i XX wieku muzealiów z Australii i Oceanii. Uwagę warto zwrócić szczególnie na broń przywiezioną przez Marcelego Łukowicza – liczne bumerangi, zarówno wojenne jak i ceremonialne, tarcze bumerangowe, oszczepy i inną broń myśliwską z Australii i Nowej Gwinei. Oprócz tych przedmiotów, na wystawie wyeksponowana została sztuka aborygeńska oraz bronie, tarcze i ozdoby ciała pochodzące z Malezji, polinezyjskie maty, wachlarze, wiosła, instrumenty muzyczne i naczynia służące do picia rytualnego napoju Kava a także mikronezyjskie akcesoria rybackie, muszle i biżuteria.



Naszyjnik wojownika z Melanezji

Muzeum zamierza podobno uruchomić jeszcze jedną stałą ekspozycję, która ma być poświęcona kulturom rdzennych mieszkańców obu Ameryk. Podejrzewam, że tak jak pozostałe wystawy będzie ona miszmaszem różnorakich znalezisk i piramidalnym nieporozumieniem w kontekście koncepcyjnym. Kończąc pozwolę sobie zadać dwa pytania: Ile wspólnego z kulturą ludową mają całe mrowia chałtur kilku folklorystycznych pseudoartystów? Czy muzeum etnograficzne powinno przypominać cepeliadę?