2 stycznia 2012

Podróżowanie w czasie i żonglowanie pozorami.

Uderzenie w gong i atawistyczne pojękiwanie oraz osobliwa przygrywka na meksykańsko brzmiącej trąbce, której towarzyszy potrząsanie tamburynem albo jakąś inną grzechotko-przeszkadzajką. Po niecałej minucie z wyłysiałego gąszczu początku wyłania się niewielki, szybki i zwinny drapieżnik – tytułowy Velociraptor! Czwarty krążek Kasabian, nie bez powodu zaczyna się oszczędnie – jest to pewnego rodzaju obietnica wynikająca z wyczucia. Tom Meighan (wokalista zespołu) mógłby nieskromnie powiedzieć: „żonglowanie pozorami nie zagrozi temu materiałowi”. Brytyjczycy niegdyś w ręku mieli same blotki i jednego króla (vide okładka ich drugiego longplaya), którego pokazywali; teraz pokazują bierkę, a przy orderach trzymają karetę asów.

Kasabian, Velociraptor!, Sony Music, 2011

Lirycznie album zaczyna się obiecująco. Frazy takie jak „We jumped over cemetery gates”[1] oraz „I noticed your pupils dilate”[2] skonfrontowane z innymi fragmentami tekstu kompozycji otwierającej Velociraptor! (Let's Roll Like We Used To), nie poddają się jedynej słusznej interpretacji. Z jednej strony wydają się, po prostu, brawurowym łobuzerstwem, zwłaszcza, gdy zestawimy je np. ze zdaniem „Came from the booze and the fags generation and prayed for the mayhem to start”[3] oraz z taneczną atmosferą i dziarskimi poklaskiwaniami. Jednak po chwili słyszymy: „You said you were foolish but I saw the genius in pulling the stitches apart”[4] i zastanawiamy się, czy nie chodzi o jakąś metafizykę, o sentymentalny toast związany, na przykład, ze świadomym, dekonstrukcyjnym rozliczeniem: „We had it all, a rise and fall... So raise your glass to the ones who have passed and the ones that got away”[5]. Frapującą opowieść, a to dopiero początek.

Utwór numer dwa, Days Are Forgotten, szczególnie od strony wokalnej, przypomina nieco duszniejsze Arctic Monkeys. Krytyczny tekst i brudna, transowa dynamika gitar, w jakimś wyrwanym międzyczasie, zarysowują sentymentalnie narkotyczną, przyszpilającą atmosferę. Neurotyczne chórki pod koniec zmieniają się w miałczące majaczenie i nie wiadomo, czy rzecz dzieje się w barze, czy w teatrze i czy rzeczywiście chcemy przypomnieć sobie zapomniane dni. Cold-Turkey-After-Party? „Have you had enough?”[6]

Słuchając Goodbye Kiss, zacząłem zastanawiać się, czy Velociraptor! to nie koncept album. Nastrój, rozedrgany poprzednią kompozycją, zaczyna robić się coraz pogodniejszy. Mimo melancholiczności zbudowanej zdaniami pokroju „We met with a goodbye kiss”[7] albo „When you have everything, it can’t be true”[8] jest jasno i przyjemnie, a chwilami wręcz romantycznie. Akordowa, gitarowa melodia, jakby wyrwana z początku lat 60’, doaranżowana balladowo-orkiestrowym, artystycznym kiczem (nawiedziło mnie dziwne skojarzenie z zespołem Smokie) i przyprószona genialnym w swojej prostocie „la-la-la-la”. To chyba jedna z najbardziej uroczych piosenek o rozstaniu i nadziei związanej z ponownym spotkaniem. Ten dojrzały, udzielający się spokój przypomina mi twórczość Belle and Sebastian.

W czwartym utworze pałeczkę wiodącego wokalu przejmuje Sergio Pizzorno (jeden z gitarzystów Kasabian). Gracji jego leniwej maniery nie powstydziłby się chyba nawet John Lennon. La Fée Verte to liryczno-muzyczny obraz rzeczywistości wyłaniającej się z iluzji, w których tkwimy. Zaczyna się on jeszcze opieszalej niż początek albumu; paradoksalnie nie dekoncentruje, lecz wyostrza zmysły. Gdy, za sprawą słów pierwszej zwrotki, w oparach akustycznej gitary, wyraźnie ociosanej sekcji rytmicznej, subtelnego puzonu i orkiestrowych smyczków, nawiedzili mnie: zielona wróżka, beatlesowska Lucy i Salvador Dalí, zorientowałem się jakim trunkiem wypełnione było szkło, o podnoszeniu którego Meighan śpiewał w Let's Roll Like We Used To. Pozytywnie flegmatyczne, zachęcające do refleksji zwrotki i nienachalnie chwytliwy refren, zwalający z nóg pytaniem – „How does it feel to live your life where nothing is real?”[9] – rzucają urok. To ja wyśpiewuję opowieść, a jej tematem jest moje życie i jeśli miałbym to wytłumaczyć, to... zacytowałbym Sergia: „I’ll have to take you down below where insects run the show”[10]. Dawno już nie słyszałem nic bardziej przekonującego niż La Fée Verte – to mój osobisty nr 1 a.d. 2011.

Kolejna kompozycja, tytułowy Velociraptor!, to powrót do electro-rocka, z którego załoganci z Kasabian są znani. Karabiny słów, w gitarowo-acidhouse’owym akompaniamencie, niosą serie ostrzeżeń: „He gonna find ya! He gonna kill ya! He gonna eat ya!”. Trochę szkoda, że Brytyjczycy wpakowali tu smyczki – rozumiem zamysł, niemniej chciałbym nieco od nich odpocząć. Nadmiar obecności London Metropolitan Orchestra to jedyny zarzut jaki mam do czwartego krążka wyspiarzy.

Acid Turkish Bath (Shelter From The Storm), już od pierwszych taktów, wodzi za sobą bliskowschodnie skojarzenia, jednak utwór ten kipi różnorodnością: znajdziemy w nim zarówno elektroniczne bity jak i fragmenty gdzie wokal okraszony został jedynie akustyczną gitarą i klaskaniem w dłonie. Gdzieniegdzie usłyszymy też fatamorganiczne wokalizy na dwa głosy. Sergio, którego słyszymy na czwartej płycie jego zespołu, w moim przekonaniu, wszedł na piedestał singer-song-writerów. Diabelnie trafne komentarze takie jak, na przykład – „Dope me up on women and credit cards, promise X-Ray vision and fancy cars”[11] czy „It’s the 21st century, ain’t it cool? It’s taught us how to eat and how to drool”[12] – sprawiają, że po moich plecach zaczynają cwałować ciarki.

W następnym utworze zespół romansuje z synthpopową estetyką w stylu Kraftwerk. Kompozycja ocieka samplami, loopami i perkusją z automatu. Lirycznie dotyka poczucia beznadziejności, której reperkusją jest już tylko marazm – „There’s no need to fall, there’s no need at all”[13]. Odwołania do popkultury wydają się być jedynie gorzką ironią: „They hunt for rabbits just like Yosemite Sam”[14].

Przebojowy Re-Wired, nie jest może tak złowieszczy jak Days Are Forgotten, niemniej czuć w nim uwierania narastających napięć. Meighan znów przypomina mi Alexa Turnera (ich wokale mają podobną „manierę”). Refren – „Hit me! Harder! I’m getting re-wired. I flip the switch that makes you feel electric. Even! Faster! Than before! I'm gonna light 'em up with you” – będzie z pewnością skandowany przez fanów podczas koncertów.

Man of Simple Pleasures to opowieść sceptycznego i znużonego nihilisty, któremu powiedziano, że świat niebawem się skończy. Mimo, że nie widzi on przyszłości, oponuje, bo gdy wygląda na zewnątrz, ptaki nadal śpiewają. Melodyka tej historii przypomina mi trochę brzmienie Led Zeppelin i Pink Floyd. Jej rytmiczność podkreśla upływający czas, a nastrój kojarzy mi się z poezją czarnowidzącego wieszcza. Cytując Jasieńskiego: „Aż mnie obudzi ze snu i usłyszę tej jednej godziny trzask przekręconej sprężyny i ciszę...

Switchblade Smiles, pierwszy, a właściwie „zerowy” (promocyjny) singiel z Velociraptor! to najbardziej agresywna i najintensywniej elektroniczna z zawartych nań kompozycji. Digitalna, zapętlona partia, przypominająca dźwięki Crystal Castles albo IAMX, za sprawą osobliwych pojękiwań, przechodzi w cyber-plemienną dyskotekę. Słowa „Move! Can you feel it coming?” powtarzane są niczym tantra, a w tle grasuje niemal upersonifikowana pożoga dźwięków. Meighan, podczas nierapowanych partii, chwilami przypomina mi Chrisa Cornera.

Wieńcząca album, melancholijna impresja wyhamowuje rozpędzonego dinozaura. Harmonię wokalną (po raz trzeci mikrofon zostaje przejęty przez Pizzorno) Brytyjczycy podszyli ambientowym podkładem oraz zakropili gitarowymi akordami i pasażami. Skonstruowali w ten sposób pastelową exit music, której libretto skojarzyło mi się z filmowymi napisami końcowymi i z substancjami psychoaktywnymi. Słowa „Hands turn to dust, psychic waves fill the air. All what we have is what we've done to what we had”[15] zarysowują utratę jako „małą” filozoficzną apokalipsę.

Muzyczny obraz braku, uchwycony przez Kasabian, sprawia, że przemijanie zaczyna wywoływać mistyczne doznania. Velociraptor!, tasując retrospekcjami, wytrąca tragedię przeszłości, zamraża komedię teraźniejszości i przygląda się farsie przyszłości... bez irytującej górnolotności.


____________

[1] Przeskoczyliśmy bramy cmentarza
[2] Zauważyłem rozszerzenie się twoich źrenic
[3] Pochodzisz z pokolenia wódy i ciot i modliłeś się o zamęt na rozpoczęcie [„Fags” może znaczyć „pedały” ale i „papierosy”]
[4] Powiedziałeś: byliście głupi, ale ja dostrzegłem geniusz w niszczeniu na poczet powstania
[5] Mieliśmy wszystko, powstanie i upadek... więc podnieśmy szkło za tych, którym się udało i za tych, którzy odeszli
[6] Masz już dość?
[7] Przywitaliśmy się pożegnalnym pocałunkiem
[8] Kiedy masz wszystko, to nie może być prawdziwe
[9] Jak to jest przeżywać życie, w którym nic nie jest rzeczywiste?
[10] Musiałbym zabrać was tam, gdzie insekty rozpoczynają przedstawienie
[11] Odurz mnie kobietami i kartami kredytowymi, obiecaj rentgen w oczach i luksusowe samochody
[12] To dwudziesty pierwszy wiek, czyż nie jest świetny? Nauczył nas jak jeść i jak się ślinić
[13] Nie ma potrzeby upadać, nie ma żadnych potrzeb
[14] Oni polują na króliki, zupełnie jak Pirat Sam
[15] Ręce obracają się w pył, psychiczne fale wypełniają powietrze. Wszystko, co mamy, to to, co zrobiliśmy z tym, co mieliśmy

15 listopada 2011

Blow your mind.

Krzysztof Żurowski, wiceprezes PB Group (producent napoju Blow) niemal z gracją Janusza Palikota wykorzystuje magiczną moc słów (uwagę warto zwrócić przede wszystkim na pierwsze zdanie):


Zakładamy, że osiągniemy 10 proc. rynku. Na osiągnięcie takich udziałów składa się kilka elementów. Przede wszystkim skuteczna praca na wszystkich poziomach marketingu mix, charakter i pozycjonowanie marki czyli szeroko pojęty lifestyle - wyobrażenie o tym, czego pożąda każdy młody człowiek: piękno, sława, pieniądze. Przede wszystkim jednak umożliwi nam to nasz nowy produkt. Blow La Feminine Edition jest pierwszym w Polsce napojem energetycznym dla kobiet. Jego wyjątkowość podkreślają nie tylko walory smakowe (poziomka z maliną), kolor napoju, ale również szata graficzna stworzona z myślą o nowoczesnych kobietach ceniących sobie jakość w dobrej cenie. W produkcji La Feminine użyto ekstraktu z hibiskusa, oba produkty robione są na bazie wody osmotycznej, co eliminuje przykry zapach charakterystyczny dla innych napojów energetycznych. Dodatkowo produkty Blow będą sprzedawane zawsze w niższej cenie niż nasz największy konkurent
[1].


W powyższej wypowiedzi Żurowski zrobił kilka błędów. Oczywistości typu "Na osiągnięcie takich udziałów składa się kilka elementów" zwiększają tzw. efekt rozcieńczenia (dilution effect) - dodatkowe nieistotne informacje zazwyczaj osłabiają ocenę przekazu, redukują wywierane przezeń wrażenie [2]. W następnym zdaniu popełnił błąd logiczny (charakter i pozycjonowanie marki to nie to samo, co szeroko pojęty lifestyle). W kolejnym też nie jest dobrze - powtórzenie frazy przede wszystkim trąci myszką. Podobnie irytują dwukrotne pojawienia się słów: "kobieta" i "cena" oraz fraza "ceniących sobie jakość w dobrej cenie".



Oprócz dobrego początku, niewątpliwymi atutami wypowiedzi wiceprezesa BP Group, są trzy informacje: 1) target produktu jest zawężony, 2) produkt wyróżnia się tym, tym i tym i 3) szczypta technologicznego żargonu: "[...] na bazie wody osmotycznej, co eliminuje przykry zapach".


A oto reklama napoju:

Blow - jako rzeczownik oznacza: podmuch, cios, uderzenie, szok lub wstrząs; jako czasownik: dmuchać, wysadzać w powierze, eksplodować... ale i przepuszczać (np. pieniądze) lub ćpać.

Zwrot blow your mind na język polski można przetłumaczyć jako daj sobą wstrząsnąć.

____________

[1] fragment wywiadu, którego całość można przeczytać [tu].
[2] E. Aronson, Człowiek – istota społeczna (The Social Animal), przeł. J. Radzicki, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009, s. 136-137.

19 maja 2011

Do tańca i do różańca.

Born This Way, drugi „pełnoprawny” (The Fame Monster uważam za post scriptum The Fame), studyjny krążek w dorobku Lady Gagi to zbiór czternastu (w wydaniu „exclusive deluxe” aż 17) potwornie popowych utworów, którym nie sposób odmówić pewnego kuriozalnego uroku. Papieżyca muzycznego mainstreamu z coraz większym uporem nakręca swoisty auto-hype, coraz bardziej pragnie zostać Madonną XXI wieku, zgodnie z tzw. „regułą natychmiastowości” Zbyszko Melosika chce być nią tak prędko jak to tylko możliwe. Czy można zostać diwą popu uprawiając artystyczny parkur w stylu Matrixa? Czy potencjalni poddani tudzież wyznawcy oczekują królowej pod postacią Warhola w botkach na diamentowych obcasach i z wężowymi sznurówkami; w kryształowym, półprzeźroczystym biustonoszu imitującym czarodziejsko-dyskotekowe kule z rubinami na miejscu sutków oraz w kusej, mięsnej spódniczce odsłaniającej stringi z gronostajowego futra?


Lady Gaga, Born This Way, Interscope Records, 2011

Urodzona (by iść/podążać) tą drogą (ciężko przetłumaczalny jest ten tytuł, ale chyba nie należy bać się prób wolnych tłumaczeń) otwiera niewinnie zaczynające się Marry the Night. Gaga wyśpiewuje taktownie i ze spokojem: „[...] I won’t give up on my life, I’m a warrior queen live passionately” {nie zrezygnuję z mojego życia, jestem wojowniczą królową żyjącą intensywnie/namiętnie/mocno}, a w tle słyszymy kościelne organki, prawie daję się na to nabrać... (suddenly) po niecałych czterdziestu sekundach farsę zaczyna demaskować dyskotekowy beat, a po kolejnych dwudziestu dochodzą: (znana chyba każdemu) gagowa, wokalna czkawka, syntezatory i liczne produkcyjne fajerwerki (filtry, pogłosy, reverby, zniekształcenia et cetera). Niby prosty, „subtelnie” zaskakujący chwyt, ale znajdźcie mi drugi taki numer, w którym („muzycznie” a nie „tekstowo”) panna młoda pod zasłoną nocy zrzuca z siebie ślubną suknię, a pod spodem ma dziarski kostiumik z pawich piór powiązanych srebrną nitką, które nagle zaczynają błyszczeć w świetle tęczowych reflektorów. Dodam tylko tyle, że utwór ten (i nie tylko ten) wywołuje tzw. déjà entendu (wrażenie, że słyszymy coś, co już słyszeliśmy; w następnym utworze można doznać go najintensywniej). Tytułowym Born This Way, którym grzmiała (i grzmi nadal) większość rozgłośni radiowych świata i który jest niemal bliźniaczo podobny do Express Yourself Madonny (ale jednak inny, świeższy, żywszy), Lady Gaga udowadnia (lub utwierdza w przekonaniu), że jest mistrzynią parodii wyrażania siebie, kowalką kunsztownego (przynajmniej na pozór) kiczu i pretendentką do posiadania w swoim repertuarze szlagieru społeczności LGBT. Wcześniej nie bez kozery użyłem epitetu-figury; Born This Way to tęczowy wodospad wielkości Niagary. Diabeł tkwi też w tekście: „[...] No matter gay, straight, or bi, lesbian, transgendered life, I’m on the right track baby, I was born to survive” {Homo, hetero czy bi, to bez znaczenia, życie lesbijki czy transgender, jestem na właściwej drodze kochanie, urodziłam się, żeby przetrwać}. Na dodatek Elton John powiedział, że Born This Way na zawsze zastąpi I Will Survive Glorii Gaynor w roli gejowskiego hymnu. Kolejnym utworem (Government Hooker), Gaga zagrywa fałszywie, robi (duży) krok wstecz. Naprawdę szczerze liczyłem na to, że Lady przeskoczy poprzeczkę, którą dosyć nerwowo nieustannie sobie podwyższa, że wybuchnie w gabinecie luster, że podtrzyma tę poniekąd neurotyczną eskalację desperacji i wybierze jedną z trzech estetyk (oczywiście nie w sensie stricte): metal a la Marylin Manson (co sugerowałby styl klipu do Born This Way i estetyka okładek), pornoclash pokroju Vigilan Dirty Princess albo czegoś tak jazgotliwego jak Mindless Self Indulgence. Może zbyt wcześnie na tak odważną rewolucję? Wracając z dygresji, Government Hooker to wiejąca nudą groove-clubowa przeplatanka tłustych bitów i suchych pikań, syntetycznych techno-treli, operowo-sakralnego zaśpiewu, gagowej repetycji lekko stylizowanej na retro i męskich wstawek mówionych (w stylu dance'u pokroju niemieckiego zespołu Scooter), opowiedziana sztampowym i banalnym tekstem zupełnie niewpisującym się w specyficzną estetykę kiczu „tych lepszych” utworów Gagi („I can be cool, I can be anything, I'll be your everything, Just touch me baby” {Mogę być czadowa, mogę być czymkolwiek, będę dla ciebie wszystkim, gdy tylko mnie dotkniesz}). Piosenka z numerem cztery, singiel numer dwa, czyli Judas to według mnie następny faworyt z drugiej płyty Gagi, jego fenomen polega na tym, że wprowadza pewną świeżość do brokatowej estetyki artystki i jednocześnie jest (bardziej niż) typowo lady-gagowy (300% Gagi w Gadze, trzeba mieć tupet, żeby czerpać ze swojej twórczości, ale trzeba mieć też głowę, żeby zjadać własny ogon „with style”). Nowością są charakterystyczne „megafonowe” salwy wersów zwrotek, zaś puszczeniem oczka, trzy dominanty jej najbardziej rozpoznawalnego szlagieru (Bad Romance): zawodzenie „Oh-oh-oh-ohoo”, „Judas Juda-a-a, Judas Juda-a-a, Judas Juda-a-a” korespondujące z „Rah-rah-ah-ah-ah! Roma-Roma-ma-ah!” oraz wplecenie słowo-onomatopei „Ga-ga”, ponadto rytm mostka też już gdzieś słyszeliśmy. Mankamentem tego utworu jest nużąca ckliwością większa część jego refrenu (zarówno od strony melodycznej i tekstowej): „I'm just a Holy fool, oh baby he's so cruel / but I'm still in love with Judas, baby / I'm just a Holy fool, oh baby he's so cruel / But I'm still in love with Judas, baby”. Następny utwór, latynosko brzmiący Americano to oczywista, leniwa hybrydo-wariacja gagowego AlejandroDon’t Let Me Be Misunderstood (w wykonaniu amerykańsko-francuskiej formacji Santa Esmeralda; młodszej publiczności utwór ten może być znany z filmu Kill Bill) z masą nijakiego, miałkiego „la-la-la-la-la-la”, dla mnie to strata czasu; podobny stosunek, ale z innego powodu, mam do Hair. Generalnie nie przeszkadza mi to, że Lady Gaga często łechcze swoje ego, jeśli robi to zgrabnie, zabawnie lub zagadkowo. Podczas słuchania Hair odnoszę nieodparte wrażenie, że gdyby mogła, to zaczęłaby lizać ten fragment własnego ciała, w którym wzgórek łonowy (lub - jeśli ktoś woli – wzgórek Wenery) traci swoją szlachetną nazwę. Scheiße nie jest może niczym niezwykłym, niemniej po dwóch wyjątkowo irytujących i pokracznych utworach, staje się relatywnie przyjemną mieszanką rave’u, techno i popu, który znów mocno kojarzy się z Madonną. Trochę szkoda, że Gaga ze swoją wrodzoną skromnością chcąc uraczyć nas niemiecczyzną nie odwołuje się na przykład do Kraftwerk albo Rammstein. Bloody Mary to chyba pierwsza nowa jakość na Born This Way i zarazem jedna z najciekawszych piosenek na tej płycie. Gaga śpiewając (o Marii Magdalenie, w pierwszej osobie) „[...] I'm ready for their stones” {jestem przygotowana na ich kamienie} jest naprawdę przekonująca (wiarygodna) i przypomina mocno wygładzoną P!nk, a to, co dzieje się w tle, to prawdziwy majstersztyk, który trudno opisać, bo aż roi się on od ciekawych i istotnych szczegółów. Tym optymistycznym akcentem, choć to dopiero półmetek, zakończę opis moich wrażeń na temat najnowszego albumu Lady Gagi, który - reasumując - moim zdaniem dobry jest i do tańca (Marry the Night, tytułowy Born This Way, Scheiße) i do różańca (Judas, Americano, Bloody Mary, Black Jesus † Amen Fashion); nie zaliczam się ani do jej wyznawców ani do antyfanów, z odrobiną zaciekawienia i sceptycyzmu czekam na kolejny krążek w jej dorobku.