Smith i spółka na swój trzynasty krążek kazali czekać fanom cztery lata. Płytę tę zapowiadały cztery single ukazujące się - począwszy od maja 2008 - każdego trzynastego dnia miesiąca. Premiera tego albumu była początkowo planowana na trzynastego września tegoż roku (wcześniej, kiedy jeszcze nawet jego nazwa była nieznana, szeptano o maju, krążyły też pogłoski, że wydawnictwo będzie dwupłytowe). Zamiast longplaya, tego dnia (13.09.08) ukazała się EP-ka, wdzięcznie zatytułowana Hypnagogic States, z remixami czterech singlowych utworów (dłubali w nich muzycy z: 30 Seconds to Mars, AFI, My Chemical Romance, Fall Out Boy i 65daysofstatic). Ostatecznie, najmłodsze dziecko Cure-ów, z inkubatora uwolniono 28 października 2008. Czy warto było na nie czekać? Kiedy wyjmowałem tę płytę z pudełka i kiedy wkładałem ją do odtwarzacza, czułem się jakbym przecinał pępowinę i patrzył na jakieś nowe życie. Dziś już trochę ochłonąłem...

The Cure, 4:13 Dream, Geffen/I AM, 2008
4:13 Dream otwiera, trwający ponad sześć minut, utrzymany w post-rockowej estetyce, Underneath the Stars. Oszczędne zbliżenia perkusji i gitar ozdobione tytułowymi gwiazdkami. Słychać jak na nas spadają. Zamysł genialny w swojej prostocie! Po nastrojowym wprowadzeniu rozpoczyna się lekki, melodyjny i beztroski The Only One, opowiedziany pluszowymi riffami i wokalem jakby z minionej epoki. Nie chciało mi się wierzyć, że to utwór z najnowszego kompaktu Brytyjczyków; cieszyłem się jak wiejski głupek i jednocześnie zastanawiałem się czy nie obcuję z czymś wyciągniętym z rękawa przeszłości. Na The Reasons Why zareagowałem podobnie. Opowiem tę piosenkę kilkoma przysłówkami: delikatnie, rytmicznie, hermetycznie, czysto, surowo i ciepło zarazem. W zdumienie wprawiło mnie to, jak Robert potrafił poddać swój wokal efektowi podobnemu do gitarowego wah-wah. Freakshow przynosi zmianę nastroju; po dwóch słodkich piosenkach jest to jak najbardziej wskazane; w tle szaleje brudna, przesterowana gitara na lekkim sprzężeniu. Trochę szkoda, że jest aż tak przytłumiona, trzeba się dość mocno skoncentrować, żeby odcedzić ją od tego co dzieje się przed nią (choć z drugiej strony: to „zduszenie” ma coś w sobie). Na pierwszym planie niezbyt skomplikowany produkt sekcji rytmicznej, wokal jakby nienaturalnie pobudzony; kompozycja znacznie chłodniejsza niż dwie poprzednie. Później, od strony melodycznej, (Sirensong) znów robi się spokojnie, leniwie; może nawet pościelowo? Zaś od lirycznej - trochę za banalnie, zwłaszcza że pojawiają się frazy pokroju „tell me you love me, before it's too late” {powiedz, że mnie kochasz, zanim będzie za późno}; można je niby usprawiedliwić tym, że w kontekście całości tekstu, że nie na poważnie i że... ale nie oszukujmy się, bo równie dobrze można też powiedzieć bla bla bla. Należy jednak pamiętać, że spokój Kjurów bardzo często podszyty jest smutkiem, rozczarowaniem, niepokojem, nierzadko nawet paranoją oraz, że uśmierzenie psychicznego bólu bardzo często usypia w jakiś sposób rozum, wprowadza w stan odrętwienia, otumanienia, transu... dawno nie słyszałem utworu, który byłby tak hipnotyczny jak The Scream. Krótki, powielający się motyw z czasem zaczyna przerażać; Smith wyłania się zza nerwowych, mrocznych dźwięków bardzo powściągliwie, ale za to z „gracją” upiora. Tuż przed tym obezwładniającym ładunkiem umieszczony został utwór Sleep When I'm Dead, w którym Robert z dziwną - opartą na neurozie, niepewności, nostalgii, żalu... i chyba tylko Diabeł wie na czym jeszcze - manierą wyśpiewuje kolejne słowa swojej opowieści... opowieści, którą należy interpretować w kontekście 4:13 Dream (niech nie zwiodą was anioły); tylko wtedy można spotkać m.in. zielonooką panikę pnącą się po krawędzi nicości, kurczaka, kleszcza i kota, małpę, królika i szczenię oraz tym samym musnąć historię Roberta w Krainie Czarów. Na temat tego utworu dodam jeszcze tylko tyle, że pointa - zestawiona ze słowami wyśpiewanymi na chwilę przed nią („and the why I never close my eyes”) - wbija w ziemię. Wycieczkę wzdłuż i wszerz tej muzycznej materii proponuję odbyć samemu, pamiętając, że album to nie składanka - naprawdę warto zastanowić się nad każdym z trzynastu elementów, nad ich spójnością, różnorodnością i... nad nieoczywistym pięknem? To, jak odbierzemy ten krążek, zależy od naszego nastawienia i od „cierpliwości” naszej „wrażliwości”. 4:13 Dream jest muzycznym lekarstwem więżącym w sobie kilogramy emocji, które - parując słodkością (to chyba tzw. efekt uboczny) - momentami doprowadzają do goryczy (w muzyce The Cure, granica między pogodnymi a pochmurnymi nastrojami jest bardzo niewyraźna). Być może wiele osób oczekiwało od tej porcji słów i dźwięków czegoś innego; ja cieszę się z powrotu do korzeni, bo The Cure kocham właśnie za ich korzenie (i za ich nienaturalnie powykrzywiane gałęzie). Długo nie mogłem się osłuchać z tym, co zaserwowali nam wyspiarze, aż w końcu miałkość nabrała uroku, a brudne kałuże zaczęły świecić jak lustra i przekonałem się do wartości tego materiału. Zauroczył mnie doszczętnie, zaraził magią nieskomplikowanych brzmień, które poruszają coś dużo bardziej złożonego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz