19 października 2010

Przecież nie muszą.

Kiedy ktoś pyta mnie dlaczego jestem nastawiony do Kościoła aż tak negatywnie, zazwyczaj odpowiadam, że niemożebnie irytuje mnie to z jaką werwą ingeruje on w życie społeczeństwa. Przeważnie, jeśli mój rozmówca potrafi kulturalnie dyskutować, żeby nie być gołosłownym, częstuję go jakimś konkretnym przykładem (najczęściej z naszego polskiego „podwóreczka”), który tłumaczy moją – „delikatnie pisząc” – niechęć do Watykanu i spółki. Argumentu, którego użyję przy najbliższej okazji (długo go chyba nie zapomnę, bo troszkę za bardzo podniósł mi ciśnienie), dobyłem słuchając wczoraj pewnej radiowej dyskusji (nie pamiętam czy w Programie Trzecim Polskiego Radia czy w TOK.FM, ale na pewno w jednej z tych dwóch stacji). Nie rozwodząc się już uderzę konkretnie: abp Henryk Hoser, który jest szefem Zespołu Ekspertów Episkopatu ds. Bioetycznych w ubiegłą sobotę zagroził ekskomuniką parlamentarzystom (deklarującym się jako katolicy), którzy w ewentualnym głosowaniu poparliby w jakikolwiek sposób metodę zapłodnienia in vitro.



Jestem agnostykiem, ale mam w sobie na tyle empatii, że potrafię wczuć się w polityka będącego katolikiem, który osobiście nie chciałby korzystać z technik rozrodu wspomaganego medycznie, ale opowiedziałby się za nimi (abstrahuję od tego czy i ewentualnie w jakiej części in vitro powinno być refundowane, bo ten tekst nie jestem miejscem na to rozważanie), ponieważ społeczeństwo - dla którego uprawia swój zawód - nie składa się wyłącznie z katolików, dla których owe sposoby poczęcia są amoralne. Przeciwnikom in vitro decyzje polityczne, które wg praskiego arcybiskupa należałoby karać wykluczeniem z kościoła, nie powinny w niczym przeszkadzać – przecież nikt nie zmusza ich do korzystania z metod zapłodnienia poza układem rozrodczym. Transfuzje krwi dla Świadków Jehowy są haniebne. W razie wypadku, w skutek którego straciliby zbyt wiele krwi, nie muszą korzystać z technologicznych zdobyczy medycyny... mogą wybrać śmierć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz