27 października 2010

Promieniujący radosną beztroską.

Słodkie wokale z odrobiną goryczy (przypominające skromny i szczery uśmiech smutnej osoby), czasem lekko rozmarzone, innym razem trochę roztęsknione, momentami nieco zamyślone bądź zagubione w bliżej nieokreślony sposób, przyozdobione subtelnymi plumkaniami instrumentów klawiszowych, akwarelowymi i pastelowymi brzmieniami gitar, pogodnymi fanfarami trąbek (najwyraźniejszymi w I Can See Your Future) oraz delikatną sekcją rytmiczną włącznie z dźwięcznościami rozmaitych przeszkadzajek (tamburyn et cetera), tworzą przepiękną retro-melancholię siódmego, studyjnego krążka Szkotów (wliczając ścieżkę dźwiękową do filmu Storytelling - ósmego). Belle and Sebastian Write about Love, bo o nim mowa, został nagrany w mieście aniołów, wyprodukował go Tony Hoffer (znany ze współpracy m.in. z: Beck, The Kooks i Depeche Mode), z którym zespół współpracował również przy nagrywaniu poprzedniej płyty (The Life Pursuit).


Belle and Sebastian, Belle and Sebastian Write About Love, Matador, 2010

Album otwiera najdłuższa z zawartych nań kompozycja I Didn't See It Coming, melodycznie leniwa, przypominająca dialog bliskich sobie osób, zaśpiewana przez Stuarta i Sarah’ę jakby od niechcenia (w pozytywnym tego wyrażenia znaczeniu), która w pewnym momencie zaskakuje shoegaze’owymi zabiegami – ścianą dźwięku i głosem wyłaniającym się jakby z oddali (mam na myśli fragment, w którym pierwszy raz padają słowa: I didn't see it coming / I'm just not in the running) – tak powinien brzmieć „inteligentny” pop! Utwór ten dodatkowo przekonał mnie do siebie zręcznym wtrąceniem: money makes the wheels and the world go round {pieniądze sprawiają, że koła i świat obracają się}. Come on Sister, zarówno pod względem melodyki jak i tekstu, przypomina mi jaśniejsze kompozycje z repertuaru The Cure. Kolejny utwór, który zwrócił moją uwagę, wpadający w ucho jak piosenki The Smiths I Want the World to Stop zbudowany został na prostym, urokliwym, rytmie i podszyty melodią o bliźniaczej specyfice, wyróżniają go powabne wokale a także tekst zbudowany tak, że akcenty rozkładają się wręcz idealnie i upstrzony takimi frazowymi perełkami jak na przykład: I'm wrapped in sheets of milky winter disorder {jestem zawinięty w arkusze mlecznego nieporządku zimy}. Następny, najwolniejszy i najspokojniejszy na płycie utwór, w którym gościnnie występuje Norah Jones (Little Lou, Ugly Jack, Prophet John), w zasadzie niczym mnie nie powalił ani nawet nie zaskoczył, dałem mu wiele szans, szukałem w nim jakichś pozytywów, jednak ospałe, pościelowe tempo nużyło mnie w sposób wytrwały i nieugięty. Znacznie lepiej natomiast wypadła według mnie piosenka z gościem numer dwa (Carey Mulligan), tytułowa Write about Love, ma ona wszystko, co powinna mieć kompozycja w estetyce, do której Szkoci nas przyzwyczaili – porywającą melodię, ciekawą aranżację i dobry tekst, który aż chce się nucić razem z wokalistami. I'm Not Living in the Real World kojarzy mi się z muzyką Queen, złapałem się na tym, że zaczął mi się podobać dopiero po uważniejszym osłuchaniu. Reasumując, Belle and Sebastian po czterech latach od wydania "Pogoni życia", zaserwowali nam zbiór poprawnie optymistycznych, poniekąd promieniujących jakąś radosną beztroską, paradoksalnie różnorodnych i spójnych ze sobą piosenek, z których każdy może wyłowić coś dla siebie, każdemu przecież inaczej smakują różnorakie stylistyki i zabiegi.

21 października 2010

Potencjał drzemiący w prywatnych kolekcjach.

Wybierając się do Pałacu w Wilanowie na wystawę Fotografii XX wieku ze zbiorów Cezarego Pieczyńskiego podświadomie zastanawiałem się nad jej tytułem (Uśpiony kapitał), a właściwie nad tytułem cyklu, który rozpoczynany jest właśnie owym pokazem. Ekspozycja składa się z ponad trzystu prac, które według mnie nie bez kozery podzielone zostały tematycznie, co w przeciwieństwie do podziału na przykład chronologicznego znacznie uwydatniło potencjał drzemiący w prywatnych zbiorach i twórczy pierwiastek kompilacji (właśnie w tym kierunku oscylowały przypuszczenia towarzyszące mi przed eskapadą do Oranżerii). Pozorna niespójność wystawy złożonej ze zbiorów poznańskiego kolekcjonera pobudza do refleksji, zwłaszcza, że artyzm większości z zaprezentowanych na niej dzieł odporny jest na nadgryzienia zębem czasu, niemniej warto zwrócić uwagę również na konwencje i konteksty historyczne poszczególnych fotografii, bo to, co na pierwszy rzut oka może wydawać się wtórne lub w cudzysłowie już widziane, kiedyś było poszukiwaniem na drodze eksperymentu, albo nawet czymś par excellence pionierskim jak na przykład Animal Locomotion and the Human Figure Eadwearda Muybridge’a. Kolejną z kompilacyjnych cech pierwszej odsłony Uśpionego Kapitału jest to, że zderza ona prace znanych fotografów, a nawet klasyków z pracami niszowych bądź wręcz anonimowych artystów. Warto pamiętać / wiedzieć, że zdjęcia te, to większości unikalna spuścizna, gdyż gros klisz, z których zostały wywołane najprawdopodobniej zaginęła na zawsze. Mimo pozytywnego wrażenia, które wyniosłem z Oranżerii, organizatorom Uśpionego Kapitału chciałbym wytknąć trzy gafy: naprawdę kiepskie oświetlenie fotografii, to, że podział tematyczny prac nie został należycie oznaczony (można się o nim dowiedzieć jedynie z katalogu, którego zakup wiąże się z wydatkiem trzydziestu złotych) i anemiczną informację na jej temat (widział ktoś jakieś bilbordy, plakaty lub ulotki?).


Różnorodność i rozmiar ekspozyji sprawia, że nie sposób zająć się dłużej każdym ze zdjęć – walczą one o naszą uwagę. Dla mnie z potyczki tej wyszły zwycięsko na przykład prace Natalii Lach-Lachowicz (Sztuka konsumpcyjna, 1974) i Bobby’ego Grossmana (Warhol Corn Flakes, 1978), obie są swoistym ukłonem w stronę spojrzenia na sztukę oczyma Andy’ego Warhola, nadają artystyczną rangę tak prozaicznym czynnościom jak jedzenie płatków lub jedzenie banana ociekające erotyzmem. Kolejne fotografie, którym udało się przykuć moją uwagę na dłużej to śmiałe akty uchwycone na przykład przez Frantiseka Drtikola i Heinz’a Hajek-Halke’a w okolicach lat trzydziestych minionego wieku. Moim zdaniem warto przyjrzeć się również jednym z pierwszych zdjęć artystycznych wykonanych przez Paula Stranda (zobaczyć na nich możemy Nowy York drugiej dekady XX wieku), by później przeskoczyć o dwadzieścia lat do przodu i zastanowić się nad zdjęciem Atlas zrobionym przez Drahomíra Josefa Ružičkę (w pewien sposób nawiązującym do twórczości klasyka). Wystawa potrwa do końca października, myślę, że każdy może obudzić (na własny użytek) któryś z jej fragmentów.


Frantisek Drtikol, Akt, 1929


Lew Borodulin, Jesteś teraz w armii, 1977

19 października 2010

Przecież nie muszą.

Kiedy ktoś pyta mnie dlaczego jestem nastawiony do Kościoła aż tak negatywnie, zazwyczaj odpowiadam, że niemożebnie irytuje mnie to z jaką werwą ingeruje on w życie społeczeństwa. Przeważnie, jeśli mój rozmówca potrafi kulturalnie dyskutować, żeby nie być gołosłownym, częstuję go jakimś konkretnym przykładem (najczęściej z naszego polskiego „podwóreczka”), który tłumaczy moją – „delikatnie pisząc” – niechęć do Watykanu i spółki. Argumentu, którego użyję przy najbliższej okazji (długo go chyba nie zapomnę, bo troszkę za bardzo podniósł mi ciśnienie), dobyłem słuchając wczoraj pewnej radiowej dyskusji (nie pamiętam czy w Programie Trzecim Polskiego Radia czy w TOK.FM, ale na pewno w jednej z tych dwóch stacji). Nie rozwodząc się już uderzę konkretnie: abp Henryk Hoser, który jest szefem Zespołu Ekspertów Episkopatu ds. Bioetycznych w ubiegłą sobotę zagroził ekskomuniką parlamentarzystom (deklarującym się jako katolicy), którzy w ewentualnym głosowaniu poparliby w jakikolwiek sposób metodę zapłodnienia in vitro.



Jestem agnostykiem, ale mam w sobie na tyle empatii, że potrafię wczuć się w polityka będącego katolikiem, który osobiście nie chciałby korzystać z technik rozrodu wspomaganego medycznie, ale opowiedziałby się za nimi (abstrahuję od tego czy i ewentualnie w jakiej części in vitro powinno być refundowane, bo ten tekst nie jestem miejscem na to rozważanie), ponieważ społeczeństwo - dla którego uprawia swój zawód - nie składa się wyłącznie z katolików, dla których owe sposoby poczęcia są amoralne. Przeciwnikom in vitro decyzje polityczne, które wg praskiego arcybiskupa należałoby karać wykluczeniem z kościoła, nie powinny w niczym przeszkadzać – przecież nikt nie zmusza ich do korzystania z metod zapłodnienia poza układem rozrodczym. Transfuzje krwi dla Świadków Jehowy są haniebne. W razie wypadku, w skutek którego straciliby zbyt wiele krwi, nie muszą korzystać z technologicznych zdobyczy medycyny... mogą wybrać śmierć.