4 grudnia 2010

Wychował mnie Andy Warhol, ale...

Według Ryszarda Kluczyńskiego, kierownika Zakładu Mediów Elektronicznych w Katedrze Mediów i Kultury Audiowizualnej Uniwersytetu Łódzkiego, profesora łódzkiej i poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych oraz kuratora wystaw i prezentacji sztuki multimedialnej w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, które dane mi było ostatnio odwiedzić, internet jest dziś „jednym z najbardziej znaczących czynników współczesnej kultury”. Niemiecki filozof Johann Herder już w XVIII wieku twierdził, że „nie ma nic bardziej nieokreślonego niż słowo kultura”. W dobie krzywej postępu neurotycznie zbliżającej się do pionu, sztuka będąca niewątpliwie istotnym ingredientem kultury, wydaje się być coraz bardziej okaleczaną, odrywaną od kontekstu i z wyjałowianą narracją amoku zdarzeń. Nowy, lepszy człowiek goni i za niczym nie nadąża, zachłystuje się coraz szybszym i coraz mniej spójnym światem widzianym przez pryzmat ekranów komputerów, telefonów i gadżetów, których nazw nie nadążam sobie przyswoić, choć w ciemię bity nie jestem, a przynajmniej tak mi się wydaje. Novus Homo Ludens dławi się hasłami, loginami, pinami i kodami dostępu, a jego zmysły kompromitują się, gdyż wyłapują terabajty miałkich bodźców nieustannie dopompowywanych, pudrowanych i upiększanych filtrem, który zowie się higienicznym dopikselowaniem (tudzież homogenicznym dopieszczeniem) - w skrócie HD - przez speców od produkowania rewelacji – w skrócie PR.

Kobas Laksa, Roller Coaster Warszawa, 2010

Przemierzając buduary Zamku Ujazdowskiego nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że molestują mnie zapętlone obrazy, których dominantą jest przewijanie samo w sobie. Połącz, rozłącz, zapomnij. Zamknij oczy, wstrzymaj oddech, projekcja po drugiej stronie powiek? Raczej niekoniecznie, wyobraźnia w pożyciu z cyberkulturą jest w zasadzie zbędna. Wychował mnie Andy Warhol, ale gdy jestem bombardowany penisami, piersiami, pośladkami i waginami generowanymi przy użyciu kart graficznych komputerów najnowszej generacji, obawiam się, że nigdy nie będzie już drugiego Picassa. Na czarnym tle czarny kwadrat, a ja usilnie łaknę jakichkolwiek odniesień i - tonąc w digitalnym Morzu Martwym - chwytam się ostrych jak brzytwy kikutów kabli, po czym widzę światłowody na niebie, którego gwiazdy wypielono, a następnie obsiano energooszczędnymi diodami LED.


Eva and Franco Mattes, Reenactment of Marina Abramovic and Ulay's Imponderabilia, 2007

Przyglądając się przypadkowo wybranym zdjęciom ponazywanym równie incydentalnie i bez polotu lub przedmiotom użytkowym zdobionymi owymi fotografiami ociosanymi z teł, uświadomiłem sobie, że nie każdy może być artystą i że każdy jest w stanie zidiocieć do tego stopnia, żeby łudzić się, iż tworzy dzieła sztuki współczesnej. Czy generacja Y U O T U B E ma szansę uchronić się przed zachwytem płaskimi animacjami drwiącymi w prymitywny sposób z najbardziej znanych polityków bądź celebrytów obficie wysmarowanych „fotoszopem”? Kiedyś pragnęliśmy newsów i skandali, dziś pragniemy być zarówno odbiorcami jak i twórcami... jutro będziemy gotowi popełnić samobójstwo za zaistnienie w internecie, zapominając o tym, że ból nie jest bólem, kiedy widzą go wszyscy.


Kenneth Tin-Kin Hung, IN GOD [Global Obama Domination - ks] WE TRUST, 2009

Nie jestem konsumentem mieszczącym się w standardzie i trudno mi odnaleźć jakikolwiek pozytywny aspekt wystawy zatytułowanej „Przyszłość nie jest tym, czym była”. Nie będę przecież wmawiał komukolwiek, że eksplorując przestrzeń pomiędzy tymi wszystkimi ekspozycjami będzie miał szansę zastanowić się nad mentalną kondycją człowieka w dobie cyberseksu i internetowych zakupów, bo do takich przemyśleń można dojść i bez odwiedzania Zamku Ujazdowskiego, wystarczy pobuszować w sieci. Jeśli zaś szperanie pomiędzy nitkami wirtualnej, globalnej pajęczyny nie zapewni nam odpowiednio mocnych bodźców, zawsze można spróbować poddania krytyce (krótkiej i nieskomplikowanej, aby zwiększyć szansę reakcji) poczynań jakiegoś agresywnego i aktywnego użytkownika, co niemal zagwarantuje nam, że zostaniemy wyzwani od żydów i pedałów.

27 listopada 2010

Muzyka wypluwająca w nadrealność.

Weighing Souls with Sand - trzeci, studyjny album The Angelic Process - więzi w sobie muzykę pogranicza wymiarów, tak jak piekło Dantego, składa się z dziewięciu części (nie wliczając ostatniego, ukrytego utworu) o nad wyraz neurotycznej urodzie. Longplay otwiera ponad dziewięciominutowe, potężnie brzmiące The Promise of Snakes. Opary ciężkich, walcowatych dźwięków wyłaniają się z ciszy bez pośpiechu, po chwili zaczynamy słyszeć również perkusję, a konkretniej: cyklicznie powtarzające się uderzenia, które podkreślają upływający czas i sprawiają, że zaczynamy czekać.

The Angelic Process, Weighing Souls with Sand, Roadburn Records, 2007

Początek podróży poprzez „Ważenie dusz z piaskiem” to swoisty, muzyczny obraz ciszy przed burzą, zmącony, rozmazany i silnie działający na wyobraźnię. Niespodziewanie zaczyna do mnie docierać dziwny - jakby uwięziony za ścianą gitar - głos. Atmosfera robi się apokaliptyczna, a cisza przed burzą, zamiast zmienić się w burzę, przekształca się w oczekiwanie na coś znacznie intensywniejszego. Czyżby miał „lunąć” deszcz meteorytów? Przerażający i piękny zarazem to zwiastun, naprawdę nieczęsto zdarza się tak urokliwe wprowadzenie. Kolejny utwór (Million Year Summer) „namalowany” został brudem i pożogą; obsypany opiłkami bólu, lęków, przygnębienia, rozczarowania i żałoby, które ostatecznie sublimują w agresję. Gorące plamy dźwięku i krzyki, których nie sposób opisać ani zrozumieć. W dalszych kompozycjach obraz robi się coraz bardziej halucynogenny (w Dying In A-Minor niemal się rozlewa), rytm doznaje ataku epilepsji, dźwięki mocno przesterowanych gitar zaczynają parzyć, a wokal - coraz bardziej odzierany z człowieczeństwa - staje się jednym z instrumentów (czystszy i zrozumialszy robi się jeszcze tylko w Burning In the Undertow of God, później znika „na dobre”). Po dziewiątym utworze (Mouvement: The Smoke of Her Burning) następuje całkowita cisza (podzielona na siedem czterosekundowych części), a po niej zaczyna wybrzmiewać „para-epilog” zatytułowany How to Build a Time Machine, który wieńczy całość na zasadzie: czuć zapach końca, światełka w tunelu nie widać, za to migawki z przeszłości zawisają po wewnętrznej stronie powiek jak obrazy na ścianach. Śmierć kliniczna?

Muzyka The Angelic Process wykrawa z rzeczywistości, wchłania i wypluwa w nadrealność. Powtarzające się z niewielkimi zmianami przy każdej repetycji, krótkie, melodyczne frazy destrukcji człowieka uwięzionego w czasie i przestrzeni sprawiają, że wpadamy w trans i  zaczynamy dostrzegać piękno w obłędzie oraz że ramy dobra i zła rozsypują się w pył. Od czasu do czasu robi się nieco spokojniej, ale tylko po to, żeby kolejny grad dźwięków zasiał znacznie większe spustoszenie. Przed rozpoczęciem słuchania polecam położyć się, rozbić klepsydrę, pozwolić jej, żeby wykrwawiła się piaskiem, zamknąć oczy i utonąć w kilogramach muzycznego koloru.

6 listopada 2010

Mydło, szydło i powidło.

Symbolem Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie - powstałego w roku 1888, zniszczonego podczas II Wojny Światowej i reaktywowanego rok po jej zakończeniu, mieszczącego się w przedwojennej siedzibie Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, której cera jest iście neorenesansowa, zbudowanej w roku 1853 przez architekta Józefa Góreckiego - jest Pegaz. Skrzydlaty koń wedle mitologii greckiej narodził się z ziemi zmieszanej z krwią niezwykle nadobnej i śmiertelnie niebezpiecznej Meduzy, która trysnęła po tym, gdy Perseusz oderżnął jej głowę. Na bilecie, który winniśmy zakupić, żeby obcować ze zbiorami muzeum, jeśli wybraliśmy się doń w dniu innym niż sobota, oprócz adresu internetowego, ceny, daty, subtelnego zdobienia, które najprawdopodobniej przedstawia fragment jakiejś wycinanki i kilku dłuższych, opisowych wiadomości, widnieje hasło „cały świat w jednym miejscu”.



Informacje, z których utkałem krótkie wprowadzenie, łączy pewna przypadkowość, wrażenie niespójności i wyrwanie z kontekstu. Mimo tego, że są interesujące, prawdziwe i zrozumiałe, podejrzewam, że gdybym nagromadził ich kilka razy więcej, stworzyłyby zbyt ciężkostrawny tekst, który notabene miałby wiele wspólnego ze stałymi wystawami muzeum mieszczącym się przy ulicy Kredytowej. Po wyjściu z muzeum czułem się jak chomik, który zbyt długo biegał w kołowrotku.



Muzeum prezentuje nam swoje zbiory podzielone europocentrycznie par excellence. Na wejściu czeka nas wystawa z cyklu mydło, szydło i powidło (Zwykłe – niezwykłe. Fascynujące kolekcje Państwowego Muzeum Etnograficznego), która mimo wielu naprawdę ciekawych eksponatów i wyróżnienia przez krytykę (otrzymała nagrodę Wydarzenie Muzealne Roku Sybilla 2008 za najlepszą wystawę etnograficzną, oraz pierwszą nagrodę w trzeciej edycji konkursu Mazowieckie Zdarzenia Muzealne - Wierzba 2008) przytłacza blichtrem i przepychem koncepcji i jeśli ktoś planuje rajd po wszystkich stałych wystawach - który z całego serca odradzam, bo według mnie znacznie lepiej rozbić sobie potencjalną „dużą przyjemność” na dwie lub trzy „mniejsze przyjemnostki” - niech mierzy siły na zamiary. Idąc dalej, nie kolejnymi piętrami, tylko tropem „my, czyli Polska i ewentualnie jej okolice versus reszta świata”, zastanawiając się nad pewną niekonsekwencją zaliczamy jeszcze trzy (jeśli w tym oszołomieniu niczego nie przeoczyłem) ekspozycje: najspójniejszą, traktującą o polskich obrzędach dorocznych (zarówno typowo świeckich jak i tych o kościelnym podłożu), sensownie podzieloną na pory roku, gdyż to one niegdyś wyznaczały rytm ludzkiego życia, gromadzącą rozmaite akcesoria, fotografie, narzędzia, rekwizyty i ozdoby; najnowszą, prezentującą około czterdziestu strojów ludowych, którą wyróżniłbym za mapki kraju nad Wisłą, na których, przy pomocy czarnego kwadracika zaznaczone jest położenie miasta, z którym dany strój należy kojarzyć – jak znalazł dla jednostek, które z geografią są na bakier... zganiłbym ją tylko za brak jednego z najcharakterystyczniejszych strojów ludowych w Polsce, mianowicie – stroju łowickiego w wersjach podstawowych (choć nie miałem już siły, kluczyłem wśród gablot ze strojami i z nadzieją szukałem tradycyjnych łowickich wdzianek, znalazłem tylko łowicki strój panny młodej, jeśli babcia przekaże mi w spadku strój swój i dziadka, to chyba sprezentuje je muzeum); oraz dotyczącą rękodzieła i rzemiosła ludowego, pochodzącego w głównej mierze z XIX i XX w., która jak nietrudno się domyślić, gromadzi przedmioty od sztućców i ceramiki, przez masielnice i kowadła po kraty i okucia wozów – jeśli ktoś przyjrzy się każdemu z eksponatów z osobna, i nad każdym się zastanowi, to albo jest chłopomanem poszukującym korzeni, który wyjdzie z muzeum z radością wymalowaną na twarzy, albo znajdzie się w stanie, który w języku Shakespeare’a brzmi c o n f u s e.



Krzysztof Okoń, Pieta, 1979

Pierwsza, gromadząca pozaeuropejskie dobra, stała ekspozycją Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, którą napotykamy przemierzając jego buduary, zowie się Podniebny lot. Magiczna broń Azji, nazwy tej jednak nie umieszczono w sposób fizyczny w żadnym z widocznych miejsc... najzwyczajniej w świecie opuszczamy więc profanum schodów oraz chaos towarzyszącej im podłogi by wkroczyć w przestrzeń nieznanego nam sacrum i pod stopami poczuć niewiadomy kosmos. Nie rozwodząc się zbytnio: niektóre eksponaty są rewelacyjne, ekspozycja jest fatalna, różnokolorowe numerki i opisy umiejscowione w zbyt wielu przypadkach nad wyraz nieintuicyjnie, doprowadzały mnie do szewskiej pasji i w duchu przeklinałem odpowiedzialne za to osoby, w myślach piłem na pohybel tym ludziom, bo naprawdę powinni zastanowić się nad zmianą pracy. Żeby nie być gołosłownym w stosunku do tego, co szczątkowo zachwaliłem wspomnę, że wystawa gromadzi multum przedmiotów sztuki, rzemiosła i rynsztunku pochodzących od Syberii, przez Indie, Sri Lankę, Turcję, Irak, Iran po Chiny i Japonię. Kolejna wystawa przybliża nam tradycyjny i współczesny wymiar bogactwa kultury Czarnego Lądu, wchodząc w jej przestrzeń w przeciwieństwie do ekspozycji traktującej o Azjatyckim orężu innych magicznych fantach od razu jesteśmy poinformowani, w jaki rodzaj przestrzeni wkraczamy, niemniej pozostałych błędów twórcy niniejszej wystawy niestety się nie wystrzegli... podziwiać możemy na niej bardzo dobre zdjęcia (szczególnie do gustu przypadło mi to, które przedstawia taniec Masajów), narzędzia rolnicze, sprzęty domowe, uzbrojenie, ubiory, ozdoby, insygnia władzy, rzeźby, maski i całą masę rzeczy, których nazwać na tę chwilę nie potrafię. Ostatnia z wystaw stałych, którą zobaczyć możemy w budynku przy ulicy Kredytowej 1, to kolekcja pochodzących z przełomu XIX i XX wieku muzealiów z Australii i Oceanii. Uwagę warto zwrócić szczególnie na broń przywiezioną przez Marcelego Łukowicza – liczne bumerangi, zarówno wojenne jak i ceremonialne, tarcze bumerangowe, oszczepy i inną broń myśliwską z Australii i Nowej Gwinei. Oprócz tych przedmiotów, na wystawie wyeksponowana została sztuka aborygeńska oraz bronie, tarcze i ozdoby ciała pochodzące z Malezji, polinezyjskie maty, wachlarze, wiosła, instrumenty muzyczne i naczynia służące do picia rytualnego napoju Kava a także mikronezyjskie akcesoria rybackie, muszle i biżuteria.



Naszyjnik wojownika z Melanezji

Muzeum zamierza podobno uruchomić jeszcze jedną stałą ekspozycję, która ma być poświęcona kulturom rdzennych mieszkańców obu Ameryk. Podejrzewam, że tak jak pozostałe wystawy będzie ona miszmaszem różnorakich znalezisk i piramidalnym nieporozumieniem w kontekście koncepcyjnym. Kończąc pozwolę sobie zadać dwa pytania: Ile wspólnego z kulturą ludową mają całe mrowia chałtur kilku folklorystycznych pseudoartystów? Czy muzeum etnograficzne powinno przypominać cepeliadę?

27 października 2010

Promieniujący radosną beztroską.

Słodkie wokale z odrobiną goryczy (przypominające skromny i szczery uśmiech smutnej osoby), czasem lekko rozmarzone, innym razem trochę roztęsknione, momentami nieco zamyślone bądź zagubione w bliżej nieokreślony sposób, przyozdobione subtelnymi plumkaniami instrumentów klawiszowych, akwarelowymi i pastelowymi brzmieniami gitar, pogodnymi fanfarami trąbek (najwyraźniejszymi w I Can See Your Future) oraz delikatną sekcją rytmiczną włącznie z dźwięcznościami rozmaitych przeszkadzajek (tamburyn et cetera), tworzą przepiękną retro-melancholię siódmego, studyjnego krążka Szkotów (wliczając ścieżkę dźwiękową do filmu Storytelling - ósmego). Belle and Sebastian Write about Love, bo o nim mowa, został nagrany w mieście aniołów, wyprodukował go Tony Hoffer (znany ze współpracy m.in. z: Beck, The Kooks i Depeche Mode), z którym zespół współpracował również przy nagrywaniu poprzedniej płyty (The Life Pursuit).


Belle and Sebastian, Belle and Sebastian Write About Love, Matador, 2010

Album otwiera najdłuższa z zawartych nań kompozycja I Didn't See It Coming, melodycznie leniwa, przypominająca dialog bliskich sobie osób, zaśpiewana przez Stuarta i Sarah’ę jakby od niechcenia (w pozytywnym tego wyrażenia znaczeniu), która w pewnym momencie zaskakuje shoegaze’owymi zabiegami – ścianą dźwięku i głosem wyłaniającym się jakby z oddali (mam na myśli fragment, w którym pierwszy raz padają słowa: I didn't see it coming / I'm just not in the running) – tak powinien brzmieć „inteligentny” pop! Utwór ten dodatkowo przekonał mnie do siebie zręcznym wtrąceniem: money makes the wheels and the world go round {pieniądze sprawiają, że koła i świat obracają się}. Come on Sister, zarówno pod względem melodyki jak i tekstu, przypomina mi jaśniejsze kompozycje z repertuaru The Cure. Kolejny utwór, który zwrócił moją uwagę, wpadający w ucho jak piosenki The Smiths I Want the World to Stop zbudowany został na prostym, urokliwym, rytmie i podszyty melodią o bliźniaczej specyfice, wyróżniają go powabne wokale a także tekst zbudowany tak, że akcenty rozkładają się wręcz idealnie i upstrzony takimi frazowymi perełkami jak na przykład: I'm wrapped in sheets of milky winter disorder {jestem zawinięty w arkusze mlecznego nieporządku zimy}. Następny, najwolniejszy i najspokojniejszy na płycie utwór, w którym gościnnie występuje Norah Jones (Little Lou, Ugly Jack, Prophet John), w zasadzie niczym mnie nie powalił ani nawet nie zaskoczył, dałem mu wiele szans, szukałem w nim jakichś pozytywów, jednak ospałe, pościelowe tempo nużyło mnie w sposób wytrwały i nieugięty. Znacznie lepiej natomiast wypadła według mnie piosenka z gościem numer dwa (Carey Mulligan), tytułowa Write about Love, ma ona wszystko, co powinna mieć kompozycja w estetyce, do której Szkoci nas przyzwyczaili – porywającą melodię, ciekawą aranżację i dobry tekst, który aż chce się nucić razem z wokalistami. I'm Not Living in the Real World kojarzy mi się z muzyką Queen, złapałem się na tym, że zaczął mi się podobać dopiero po uważniejszym osłuchaniu. Reasumując, Belle and Sebastian po czterech latach od wydania "Pogoni życia", zaserwowali nam zbiór poprawnie optymistycznych, poniekąd promieniujących jakąś radosną beztroską, paradoksalnie różnorodnych i spójnych ze sobą piosenek, z których każdy może wyłowić coś dla siebie, każdemu przecież inaczej smakują różnorakie stylistyki i zabiegi.

21 października 2010

Potencjał drzemiący w prywatnych kolekcjach.

Wybierając się do Pałacu w Wilanowie na wystawę Fotografii XX wieku ze zbiorów Cezarego Pieczyńskiego podświadomie zastanawiałem się nad jej tytułem (Uśpiony kapitał), a właściwie nad tytułem cyklu, który rozpoczynany jest właśnie owym pokazem. Ekspozycja składa się z ponad trzystu prac, które według mnie nie bez kozery podzielone zostały tematycznie, co w przeciwieństwie do podziału na przykład chronologicznego znacznie uwydatniło potencjał drzemiący w prywatnych zbiorach i twórczy pierwiastek kompilacji (właśnie w tym kierunku oscylowały przypuszczenia towarzyszące mi przed eskapadą do Oranżerii). Pozorna niespójność wystawy złożonej ze zbiorów poznańskiego kolekcjonera pobudza do refleksji, zwłaszcza, że artyzm większości z zaprezentowanych na niej dzieł odporny jest na nadgryzienia zębem czasu, niemniej warto zwrócić uwagę również na konwencje i konteksty historyczne poszczególnych fotografii, bo to, co na pierwszy rzut oka może wydawać się wtórne lub w cudzysłowie już widziane, kiedyś było poszukiwaniem na drodze eksperymentu, albo nawet czymś par excellence pionierskim jak na przykład Animal Locomotion and the Human Figure Eadwearda Muybridge’a. Kolejną z kompilacyjnych cech pierwszej odsłony Uśpionego Kapitału jest to, że zderza ona prace znanych fotografów, a nawet klasyków z pracami niszowych bądź wręcz anonimowych artystów. Warto pamiętać / wiedzieć, że zdjęcia te, to większości unikalna spuścizna, gdyż gros klisz, z których zostały wywołane najprawdopodobniej zaginęła na zawsze. Mimo pozytywnego wrażenia, które wyniosłem z Oranżerii, organizatorom Uśpionego Kapitału chciałbym wytknąć trzy gafy: naprawdę kiepskie oświetlenie fotografii, to, że podział tematyczny prac nie został należycie oznaczony (można się o nim dowiedzieć jedynie z katalogu, którego zakup wiąże się z wydatkiem trzydziestu złotych) i anemiczną informację na jej temat (widział ktoś jakieś bilbordy, plakaty lub ulotki?).


Różnorodność i rozmiar ekspozyji sprawia, że nie sposób zająć się dłużej każdym ze zdjęć – walczą one o naszą uwagę. Dla mnie z potyczki tej wyszły zwycięsko na przykład prace Natalii Lach-Lachowicz (Sztuka konsumpcyjna, 1974) i Bobby’ego Grossmana (Warhol Corn Flakes, 1978), obie są swoistym ukłonem w stronę spojrzenia na sztukę oczyma Andy’ego Warhola, nadają artystyczną rangę tak prozaicznym czynnościom jak jedzenie płatków lub jedzenie banana ociekające erotyzmem. Kolejne fotografie, którym udało się przykuć moją uwagę na dłużej to śmiałe akty uchwycone na przykład przez Frantiseka Drtikola i Heinz’a Hajek-Halke’a w okolicach lat trzydziestych minionego wieku. Moim zdaniem warto przyjrzeć się również jednym z pierwszych zdjęć artystycznych wykonanych przez Paula Stranda (zobaczyć na nich możemy Nowy York drugiej dekady XX wieku), by później przeskoczyć o dwadzieścia lat do przodu i zastanowić się nad zdjęciem Atlas zrobionym przez Drahomíra Josefa Ružičkę (w pewien sposób nawiązującym do twórczości klasyka). Wystawa potrwa do końca października, myślę, że każdy może obudzić (na własny użytek) któryś z jej fragmentów.


Frantisek Drtikol, Akt, 1929


Lew Borodulin, Jesteś teraz w armii, 1977

19 października 2010

Przecież nie muszą.

Kiedy ktoś pyta mnie dlaczego jestem nastawiony do Kościoła aż tak negatywnie, zazwyczaj odpowiadam, że niemożebnie irytuje mnie to z jaką werwą ingeruje on w życie społeczeństwa. Przeważnie, jeśli mój rozmówca potrafi kulturalnie dyskutować, żeby nie być gołosłownym, częstuję go jakimś konkretnym przykładem (najczęściej z naszego polskiego „podwóreczka”), który tłumaczy moją – „delikatnie pisząc” – niechęć do Watykanu i spółki. Argumentu, którego użyję przy najbliższej okazji (długo go chyba nie zapomnę, bo troszkę za bardzo podniósł mi ciśnienie), dobyłem słuchając wczoraj pewnej radiowej dyskusji (nie pamiętam czy w Programie Trzecim Polskiego Radia czy w TOK.FM, ale na pewno w jednej z tych dwóch stacji). Nie rozwodząc się już uderzę konkretnie: abp Henryk Hoser, który jest szefem Zespołu Ekspertów Episkopatu ds. Bioetycznych w ubiegłą sobotę zagroził ekskomuniką parlamentarzystom (deklarującym się jako katolicy), którzy w ewentualnym głosowaniu poparliby w jakikolwiek sposób metodę zapłodnienia in vitro.



Jestem agnostykiem, ale mam w sobie na tyle empatii, że potrafię wczuć się w polityka będącego katolikiem, który osobiście nie chciałby korzystać z technik rozrodu wspomaganego medycznie, ale opowiedziałby się za nimi (abstrahuję od tego czy i ewentualnie w jakiej części in vitro powinno być refundowane, bo ten tekst nie jestem miejscem na to rozważanie), ponieważ społeczeństwo - dla którego uprawia swój zawód - nie składa się wyłącznie z katolików, dla których owe sposoby poczęcia są amoralne. Przeciwnikom in vitro decyzje polityczne, które wg praskiego arcybiskupa należałoby karać wykluczeniem z kościoła, nie powinny w niczym przeszkadzać – przecież nikt nie zmusza ich do korzystania z metod zapłodnienia poza układem rozrodczym. Transfuzje krwi dla Świadków Jehowy są haniebne. W razie wypadku, w skutek którego straciliby zbyt wiele krwi, nie muszą korzystać z technologicznych zdobyczy medycyny... mogą wybrać śmierć.

27 września 2010

Na granicy pomiędzy antagonistycznymi nastrojami.

Smith i spółka na swój trzynasty krążek kazali czekać fanom cztery lata. Płytę tę zapowiadały cztery single ukazujące się - począwszy od maja 2008 - każdego trzynastego dnia miesiąca. Premiera tego albumu była początkowo planowana na trzynastego września tegoż roku (wcześniej, kiedy jeszcze nawet jego nazwa była nieznana, szeptano o maju, krążyły też pogłoski, że wydawnictwo będzie dwupłytowe). Zamiast longplaya, tego dnia (13.09.08) ukazała się EP-ka, wdzięcznie zatytułowana Hypnagogic States, z remixami czterech singlowych utworów (dłubali w nich muzycy z: 30 Seconds to Mars, AFI, My Chemical Romance, Fall Out Boy i 65daysofstatic). Ostatecznie, najmłodsze dziecko Cure-ów, z inkubatora uwolniono 28 października 2008. Czy warto było na nie czekać? Kiedy wyjmowałem tę płytę z pudełka i kiedy wkładałem ją do odtwarzacza, czułem się jakbym przecinał pępowinę i patrzył na jakieś nowe życie. Dziś już trochę ochłonąłem...

The Cure, 4:13 Dream, Geffen/I AM, 2008

4:13 Dream otwiera, trwający ponad sześć minut, utrzymany w post-rockowej estetyce, Underneath the Stars. Oszczędne zbliżenia perkusji i gitar ozdobione tytułowymi gwiazdkami. Słychać jak na nas spadają. Zamysł genialny w swojej prostocie! Po nastrojowym wprowadzeniu rozpoczyna się lekki, melodyjny i beztroski The Only One, opowiedziany pluszowymi riffami i wokalem jakby z minionej epoki. Nie chciało mi się wierzyć, że to utwór z najnowszego kompaktu Brytyjczyków; cieszyłem się jak wiejski głupek i jednocześnie zastanawiałem się czy nie obcuję z czymś wyciągniętym z rękawa przeszłości. Na The Reasons Why zareagowałem podobnie. Opowiem tę piosenkę kilkoma przysłówkami: delikatnie, rytmicznie, hermetycznie, czysto, surowo i ciepło zarazem. W zdumienie wprawiło mnie to, jak Robert potrafił poddać swój wokal efektowi podobnemu do gitarowego wah-wah. Freakshow przynosi zmianę nastroju; po dwóch słodkich piosenkach jest to jak najbardziej wskazane; w tle szaleje brudna, przesterowana gitara na lekkim sprzężeniu. Trochę szkoda, że jest aż tak przytłumiona, trzeba się dość mocno skoncentrować, żeby odcedzić ją od tego co dzieje się przed nią (choć z drugiej strony: to „zduszenie” ma coś w sobie). Na pierwszym planie niezbyt skomplikowany produkt sekcji rytmicznej, wokal jakby nienaturalnie pobudzony; kompozycja znacznie chłodniejsza niż dwie poprzednie. Później, od strony melodycznej, (Sirensong) znów robi się spokojnie, leniwie; może nawet pościelowo? Zaś od lirycznej - trochę za banalnie, zwłaszcza że pojawiają się frazy pokroju „tell me you love me, before it's too late” {powiedz, że mnie kochasz, zanim będzie za późno}; można je niby usprawiedliwić tym, że w kontekście całości tekstu, że nie na poważnie i że... ale nie oszukujmy się, bo równie dobrze można też powiedzieć bla bla bla. Należy jednak pamiętać, że spokój Kjurów bardzo często podszyty jest smutkiem, rozczarowaniem, niepokojem, nierzadko nawet paranoją oraz, że uśmierzenie psychicznego bólu bardzo często usypia w jakiś sposób rozum, wprowadza w stan odrętwienia, otumanienia, transu... dawno nie słyszałem utworu, który byłby tak hipnotyczny jak The Scream. Krótki, powielający się motyw z czasem zaczyna przerażać; Smith wyłania się zza nerwowych, mrocznych dźwięków bardzo powściągliwie, ale za to z „gracją” upiora. Tuż przed tym obezwładniającym ładunkiem umieszczony został utwór Sleep When I'm Dead, w którym Robert z dziwną - opartą na neurozie, niepewności, nostalgii, żalu... i chyba tylko Diabeł wie na czym jeszcze - manierą wyśpiewuje kolejne słowa swojej opowieści... opowieści, którą należy interpretować w kontekście 4:13 Dream (niech nie zwiodą was anioły); tylko wtedy można spotkać m.in. zielonooką panikę pnącą się po krawędzi nicości, kurczaka, kleszcza i kota, małpę, królika i szczenię oraz tym samym musnąć historię Roberta w Krainie Czarów. Na temat tego utworu dodam jeszcze tylko tyle, że pointa - zestawiona ze słowami wyśpiewanymi na chwilę przed nią („and the why I never close my eyes”) - wbija w ziemię. Wycieczkę wzdłuż i wszerz tej muzycznej materii proponuję odbyć samemu, pamiętając, że album to nie składanka - naprawdę warto zastanowić się nad każdym z trzynastu elementów, nad ich spójnością, różnorodnością i... nad nieoczywistym pięknem? To, jak odbierzemy ten krążek, zależy od naszego nastawienia i od „cierpliwości” naszej „wrażliwości”. 4:13 Dream jest muzycznym lekarstwem więżącym w sobie kilogramy emocji, które - parując słodkością (to chyba tzw. efekt uboczny) - momentami doprowadzają do goryczy (w muzyce The Cure, granica między pogodnymi a pochmurnymi nastrojami jest bardzo niewyraźna). Być może wiele osób oczekiwało od tej porcji słów i dźwięków czegoś innego; ja cieszę się z powrotu do korzeni, bo The Cure kocham właśnie za ich korzenie (i za ich nienaturalnie powykrzywiane gałęzie). Długo nie mogłem się osłuchać z tym, co zaserwowali nam wyspiarze, aż w końcu miałkość nabrała uroku, a brudne kałuże zaczęły świecić jak lustra i przekonałem się do wartości tego materiału. Zauroczył mnie doszczętnie, zaraził magią nieskomplikowanych brzmień, które poruszają coś dużo bardziej złożonego.